Powrót

„Syndrom Marcinkiewicza” czyli pierwsze oznaki przesilenia w obozie władzy

 

Obecna sytuacja w polskiej polityce przypomina trochę powiedzenie: „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. Opozycja i partia rządząca tkwią w swoistym klinczu, którego punktem oparcia jest sytuacja dotycząca Trybunału Konstytucyjnego. Ten klincz sprawia, że polska polityka trochę zastygła, a w związku z tym analiza bieżącej sytuacji politycznej wydaje się nieciekawa. Ale tylko na pierwszy rzut oka. Jeśli spojrzeć na to, co się dzieje z większego oddalenia dostrzec można początek dwóch bardzo ciekawych procesów „tektonicznych”. Pierwszy z nich to proces rozprężenia i powolnej dezintegracji PiS (w dalszej części postaram się uwiarygodnić tę śmiałą tezę). Drugi to ślamazarny i przebiegający jakby wbrew woli jego aktorów, proces konsolidacji opozycji. 

 

Z jednej strony oba procesy postępują dosyć wolno, z drugiej strony na długą metę mogą zmienić sytuację polityczną w Polsce. Jeśli przez ich pryzmat spojrzeć na pewne symptomy i podejmowane decyzje sytuacja robi się interesująca. Zwłaszcza dla opozycji.

 

Jedna pięść – oznaka jedności czy złości?

 

 

Ostatnie wystąpienie Prezesa Jarosława Kaczyńskiego z 2 maja odczytać można płytko, jako swoiste expose polityczne. Jeśli jednak spojrzymy na nie w kontekście procesu pęknięć w PiS, na pierwszy plan wysuną się jego inne elementy. Wtedy zwrócić należy uwagę na ton, w jakim wypowiadał się Jarosław Kaczyński oraz fakt, że było to wystąpienie skierowane głównie do członków swojej partii, a przede wszystkim do siedzących w pierwszym rzędzie członków rządu Beaty Szydło. Wtedy odczytać je można głębiej, jako jednoznaczne i stanowcze potwierdzenie przyjętej drogi w sprawie sporu dotyczącego TK. Trochę jakby Prezes Kaczyński chciał zdyscyplinować szeregi swojej partii. Najwyraźniej dotarły do niego głosy zwątpienia dotyczące twardej strategii odnośnie TK, a takie w nieoficjalnych rozmowach wyrażają niektórzy członkowie rządu Beaty Szydło i niektórzy politycy PiS. Zwłaszcza ci o bardziej centrowych poglądach, bardziej podatni na opinię mediów mainstreamowych.

 

Ale nie tylko zwątpienie związane ze strategią prowadzenia sporu dotyczącego Trybunału Konstytucyjnego powinno niepokoić Prezesa. Pęknięcia przebiegają także wzdłuż innych linii. Najważniejsze bitwy dotyczą walki o:

 

• wpływy w spółkach Skarbu Państwa.
• schedę po Prezesie Kaczyńskim
• fotel Premiera


Kto za Marcinkiewicza?

 

Najważniejsza walka, która w najbliższych tygodniach będzie się toczyć na naszych oczach będzie dotyczyć stanowiska premiera. Beata Szydło jest w bardzo trudnej sytuacji. Jej pozycja polityczna z dnia na dzień słabnie. Realizacja głównej zapowiedzi z kampanii wyborczej w znacznej mierze pomogła PiS-owi utrzymać pozycję lidera w sondażach, ale równocześnie pochłonęła ogromne środki budżetowe. Właśnie dlatego jej rząd nie ma dziś finansowej przestrzeni do realizacji kolejnych zapowiedzi (niższy wiek emerytalny, podwyższenie kwoty wolnej, pomoc frankowiczom), a na to naciska Jarosław Kaczyński. Dodatkowo konflikt na linii ministra finansów Pawła Szałamachy z szefem komitetu stałego Henrykiem Kowalczykiem, uniemożliwia szybką realizację dochodowej części zapowiedzi z kampanii, a więc chociażby podatku od hipermarketów. To sprawia, że Beata Szydło zmuszona jest komunikować trudne decyzje spod szyldu „nie da się”. Zupełnie inne komunikaty wysyła w świat i co najważniejsze do Jarosława Kaczyńskiego, wicepremier Mateusz Morawiecki. Swój plan „sprzedaje” jako swoiste antidotum na wszystkie problemy budżetowe, które nakreśla Beata Szydło. Jako były prezes dużego banku i ekonomista ma do tego wystarczającą wiarygodność, choć uczciwe trzeba przyznać, że nie przedstawia żadnych recept dotyczących tego jak sfinansuje realizację wszystkich obietnic PiS. Pewnie prędzej czy później zmierzy się on z tym samym dylematem, który ma obecnie Beata Szydło: jak powiedzieć, że „się nie da” nie ryzykując spadku sondaży.


Mateusz Morawiecki ciekawie buduje też swoje walory pozaekonomiczne. W wywiadach daje się poznać jako gorliwy krytyk wszystkich wypaczeń III RP i nowoczesny patriota. Wydawać by się mogło, że wobec tego stanowi idealny materiał na przyszłego premiera.

 

Prezes jest tylko jeden

 

Jarosław Kaczyński może mieć z nim jednak inny problem. Najbliżsi współpracownicy Prezesa PiS obawiają się, że Mateusz Morawiecki już uwierzył, że może być nie tylko przyszłym premierem, ale także Prezesem PiS. Być może właśnie ze względu na to w jak szybkim tempie buduje on swoje polityczną pozycję, Prezes PiS zrezygnował ze zmian w rządzie, które zamierzał przeprowadzić w ostatnim czasie. Podobno posady stracić miało trzech ministrów (Witold Waszczykowski, Krzysztof Jurgiel i Paweł Szałamacha). Najprawdopodobniej Prezes Kaczyński wystraszył się jednak, że za bardzo wzmocni to pozycję Mateusza Morawieckiego w rządzie.

 

Chętkę na fotel prezesa PiS ma też Zbigniew Ziobro i Dawid Jackiewicz, wspierany przez Adama Hofmana. Po początkowym sojuszu i wspólnej walce przeciwko Mateuszowi Morawieckiemu dziś walkę toczą już między sobą, a główną areną sporów jest wpływ na obsadę stanowisk w spółkach Skarbu Państwa.

 

Z biegiem czasu pęknięcia te będą się powiększać, a konsekwencje mogą być dla obozu władzy dość bolesne. Dobrze opisuje to w ostatnim wywiadzie dla tygodnika „W Sieci” sama Beata Szydło: „Na pewno my wszyscy, politycy obozu rządzącego, którzy wzięliśmy odpowiedzialność za Polskę, musimy mieć pełną świadomość, że jeżeli damy się podzielić, jeżeli pozwolimy się skłócić, to przegramy. Jeżeli cały obóz zjednoczonej prawicy chce przeprowadzenia tych zmian, które obiecaliśmy Polakom, to musimy być razem. Jeżeli teraz pójdziemy na jakieś wojny, wojenki, jeżeli ulegniemy gierkom politycznym, to skończy się dokładnie tak jak w latach 2005-2007. Dziś trzeba zwierać szyki i szeregi, a nie ulegać pokusom gier politycznych”.

 

Swoją drogą fakt, że Beata Szydło zdecydowała się powiedzieć to głośno i oficjalnie to najlepszy dowód na to, że napięcia są już wyraźne i groźne. Być może sytuacja zmusi Jarosława Kaczyńskiego do tego, żeby osobiście wziął stery tego okrętu i podobnie jak kiedyś, został premierem. To byłoby jednak dla niego duże wyzwanie wizerunkowe, które równie dobrze może być dla PiS wybawieniem, co początkiem końca.

 

Na cały ten obraz napięć wewnątrz gabinetu Beaty Szydło i na linii rząd – prezes partii, nakłada się jeszcze problem obozu Prezydenta Andrzeja Dudy. Jak dotychczas, karnie realizuje on strategię Prezesa Kaczyńskiego, ale ponosi z tego tytułu duże straty wizerunkowe, a pamiętać należy, że on musi dbać o znacznie szerszy elektorat niż PiS. Sytuacja, w której realizując nie swoją grę z dnia na dzień oddala się od reelekcji, musi być frustrująca, zwłaszcza dla otoczenia i strategów Prezydenta, których celem jest budowanie jego pozycji. Jak na razie przyjęli oni strategię pozorowanych ruchów wizerunkowych, które w zamyśle miały pokazać niezależność Andrzeja Dudy. Problem w tym, że takie ruchy tylko uwypukliły problem, bo – przynajmniej za pierwszym razem – rozbudziły nadzieję na inną niż się wszyscy spodziewali decyzję, by w ostateczności potwierdzić tezę o braku autonomii. Prędzej czy później stratedzy PAD zrozumieją jednak, że pozorowane ruchy wizerunkowe mają sens tylko wtedy, jeśli są środkiem do osiągnięcia realnych celów, nigdy natomiast ich nie zastąpią. Jeśli więc PAD realnie myśli o reelekcji będzie musiał pokazać samodzielność i niezależność.

 

Niezdarne tango opozycji

 

Podczas gdy obóz władzy narażony jest na działanie wielu sił odśrodkowych i wewnętrznych napięć, w tym samym czasie po drugiej stronie sceny politycznej trwa ślamazarny proces konsolidacji. Odbywa się on powoli, głównie ze względu na najważniejszych aktorów tego procesu, którzy nie chcą tańczyć wspólnego tanga. Ryszard Petru wciąż wierzy, że może stanowić główną przeciwwagę dla PiS. Niestety w ostatnich miesiącach nie wzmocnił się w obszarach, które są deficytami wizerunkowymi jego partii. Podobnie Platforma Obywatelska, wciąż niesie na plecach wszystkie balasty. Dopiero kiedy spojrzymy na obie partie łącznie, okaże się, że to, co stanowi silę Nowoczesnej jest słabością PO i na odwrót.

 

Obie partie są jak dwa pasujące do siebie elementy puzzli. PO brakuje świeżości i wiarygodności, którą posiada Nowoczesna. Z drugiej strony Nowoczesna wizerunkowo bazuje na Ryszardzie Petru i brakuje jej wiarygodnych liderów w poszczególnych obszarach, którzy mogliby uwiarygodnić Nowoczesną jako partię gotową do przejęcia władzy. PO nie ma tego problemu, a na najważniejszych obecnie odcinkach ma silnych wizerunkowo: Borysa Budkę i Rafała Trzaskowskiego. PO ma za to inny wizerunkowy deficyt – straciła walor partii silnej gospodarczo, inaczej niż Nowoczesna, której lideruje znany ekonomista. Przykłady wzajemnej komplementarności można by mnożyć. Nie oznacza to jednak, że obie partie skazane są na połączenie. Na pewno skazane są jednak na współpracę. Wspólny przeciwnik zawsze jednoczy, a dwóch wspólnych przeciwników jednoczy jeszcze mocniej. O ile bowiem do tej pory głównym czynnikiem, który zachęcał opozycję do połączenia sił była walka przeciw PiS, to teraz Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru zyskali dodatkowy czynnik. Jest nim perspektywa powrotu Donalda Tuska. Oczywiście największy dylemat dotyczący bliższej współpracy obu partii wynika z obawy, że któraś z nich sondażowo straci na takiej koalicji, a dziś więcej do stracenia ma Nowoczesna. Problem w tym, że myślenie w kategoriach: „jak nie stracić” znacznie ogranicza. Najlepszy dowód to strategia Jarosława Kaczyńskiego, którego można posądzić o wszystko, tylko nie zachowawczość. Pytanie, które powinni dziś zadawać sobie liderzy obu partii jest więc: „jak na tym wygrać?”. Moim zdaniem wygra ten, kto pierwszy rzuci hasło konieczności zjednoczenia lub bliższej współpracy.

 

Pytanie czy będzie to Grzegorz Schetyna, Ryszard Petru czy… Donald Tusk.

 

Please reload

Powiązane artykuły

Please reload